„Stała suma ubezpieczenia” w autocasco funkcjonuje jako pojęcie intuicyjne i pozornie oczywiste. Klient słyszy: wartość auta się nie zmienia, więc zakłada, że problem spadku wartości pojazdu został raz na zawsze rozwiązany.
Smart Casco funkcjonuje w komunikacji rynkowej jako tzw.„sprytne AC”: tańsze, bardziej dostępne, uproszczone. W wersji skróconej: płacisz mniej niż za standardowe AC, ale nie dostajesz pełnego zakresu. Bowiem w Smart Casco sedno leży gdzie indziej: w zmienionej konstrukcji odpowiedzialności, czyli w tym, za co ubezpieczyciel odpowiada, a za co już nie.
Najczęściej spotykanym uproszczeniem jest utożsamianie składki ubezpieczeniowej z ceną produktu. W tej perspektywie składka staje się czymś oczywistym: „wyszło tyle”, „tak policzył system”, „konkurencja ma taniej”. To myślenie jest całkowicie zrozumiałe, ale niebezpieczne. Dlaczego?
Inaczej składka netto - rozumiana jako część składki przeznaczona na bieżące pokrycie ryzyka ubezpieczeniowego. Składka netto powiększona o narzut związany z kosztami działalności ubezpieczeniowej zakładu ubezpieczeń daje składkę brutto czyli wartość, którą ubezpieczony jest zobowiązany zapłacić zakładowi ubezpieczeń w zamian za ochronę ubezpieczeniową.
Na rynku wciąż funkcjonuje uproszczenie: Rzecznik Finansowy to instytucja od „przegranych reklamacji”. Co to znaczy w praktyce? Klient pisze, ubezpieczyciel odmawia, więc „idzie do Rzecznika”, jakby to był sąd od odszkodowań. To skrót myślowy wygodny, ale szkodliwy, bo zasłania prawdziwą rolę Rzecznika: nie tylko interwencyjną, lecz także systemową.
W potocznym rozumieniu ryzyko ubezpieczeniowe sprowadza się do prostego pytania: czy coś złego może się wydarzyć? Jeśli odpowiedź brzmi „tak”, wtedy pojawia się polisa. Taka definicja, mimo że bardzo intuicyjna, jest dalece niewystarczająca. Redukuje bowiem ryzyko do pojedynczego zdarzenia losowego, pomijając przy tym jego skalę, dynamikę, powiązania oraz wpływ na decyzje biznesowe.
Pojęcie „ryzyka kursowego” przez lata funkcjonowało w biznesie w sposób dość uproszczony. Było utożsamiane głównie z wahaniami kursów walut i ich wpływem na wynik finansowy, dodatni albo ujemny. W tym klasycznym ujęciu ryzyko kursowe było czymś, co „widać” dopiero w rachunku zysków i strat, najczęściej przy okazji wyceny należności lub zobowiązań denominowanych w walucie obcej. Dziś takie myślenie coraz wyraźniej okazuje się niewystarczające.
Ryzyko operacyjne to jedno z tych pojęć, które niemal wszyscy znają, ale niewielu naprawdę rozumie. Pada na spotkaniach zarządów, w rocznych raportach i dokumentach regulacyjnych. Funkcjonuje jako obowiązkowa kategoria w systemach zarządzania ryzykiem, a mimo to, gdy dochodzi do realnych strat, często słyszymy: „tego nie dało się przewidzieć”.
W świecie ubezpieczeń słowo „katastrofa” przez długie lata miało dość jednoznaczne znaczenie, było synonimem zdarzenia nagłego i dramatycznego np. powódź, eksplozja instalacji. Dziś coraz częściej okazuje się, że takie myślenie należy do innej epoki. Nie dlatego, że katastrofy są bardziej spektakularne, wręcz przeciwnie, często zaczynają się banalnie, niemal niepozornie.
W świecie ubezpieczeń finansowych największe ryzyka rzadko mają postać spektakularnych katastrof. One nie wybuchają, nie płoną i nie generują nagłówków w serwisach informacyjnych. Zamiast tego pojawiają się w postaci przelewu, który nie dochodzi. Faktury, która „jeszcze chwilę poczeka”. Kontraktu, który nagle przestaje obowiązywać, co ciekawe jednostronnie i bez ostrzeżenia. To właśnie w tej pozornie banalnej codzienności kryje się ryzyko handlowe, jeden z najbardziej niedocenianych, a zarazem najbardziej dotkliwych obszarów ryzyka w działalności przedsiębiorstw.